Niedługo miną 2 lata, odkąd Guzik po raz pierwszy obwąchał swój nowy dom. Proces zżywania się możemy śmiało uznać za zakończony, teraz to już głównie zażywanie. Snu, jadła i głaskania.
Głaskanie jest bardzo ważne. Niedobory są skrupulatnie rejestrowane i uzupełniane w sposób czasem szorstki (gryzienie w łokieć dla zwrócenia uwagi na biedne, znudzone maleństwo...) a czasami absolutnie uroczy (mokre całuski i nadstawianie kuperka), ale zawsze w ilościach przewidzianych na kotodobę. W razie nieobecności ilości się kumulują.
Wychodzenie z domu staje się kłopotliwe. Guzik głośno protestuje, kiedy rano zbliżam się do szafki z butami. Trzeba go czymś zająć - najlepiej wrzucając ulubione chrupki do jego kartonowego domku - żeby cichaczem wymknąć się za drzwi.
Za to otwierając je po powrocie mogę spodziewać się czarnej ciekawskiej głowy w szparze drzwi. O ile oczywiście nie użyłam wcześniej domofonu. Domofon nasz wróg - zwiastuje nadejście Obcych, więc na wszelki wypadek trzeba się schować pod łóżko. E, to Ty dzwoniłaś? Przecież zawsze otwierasz kluczem! A, ręce miałaś zajęte torbami. Na zakupach byłaś? Pokaż! Co mi kupiłaś?
Nie będę jadł, jak cię nie ma. Tu usiądź i popatrz. Z talerzyka też nie chcę. Na płaskim lepiej smakuje. Albo z ręki, A tak w ogóle, to nie kupiłaś przypadkiem szynki? Co z tego, że ta puszka była dwa razy droższa? Nie będę tego jadł i tyle. Mam swoje wymagania.
Ale i tak mnie kochasz.